czwartek, 27 luty 2014 23:32

Figura Chrystusa z Suraża

    Historia, którą chcę wam opowiedzieć jest mało znana, ja sama poznałam ją dopiero po 27 latach mego życia, chociaż jako dziecko mieszkałam jedyne 15 km od obiektu o którym mowa.

    Skąd wzięła się figurka Chrystusa Nazareńskiego na ołtarzu kościoła suraskiego, nie wiadomo. Podania donoszą, że przywędrowała ona aż z Egiptu, o czym może świadczyć odcień karnacji. Inni twierdzą, że figurę wyłowił pewien bogobojny rybak podczas połowów w Narwii. Jedno jest pewne, że od czasu jej pojawienia się w kościele niezwykłym sposobem włosy rosły jej w naturalnym tempie, tak że trzeba je było co raz podcinać. Zaszczytu tego dostąpić mogły tylko małe, niewinne dziewczynki, które tego roku miały przystąpić do I Komunii Świętej. W czasach tych, też po całym kraju jeździły liczne tabory cygańskie, którym religia katolicka była obcą. Jedna ze starych cyganek, które przyjechały w te okolice nie wierząc w cuda, zakradła się nocą do kościoła i ścięła kosmyk włosów z figury. Od tej nocy nigdy więcej żaden kosmyk nie przyrósł nawet o 1 mm.

  O licznych łaskach doznawanych niegdyś za sprawą Chrystusa Nazareńskiego świadczyły liczne wota zostawiane przez wieki oraz opowieści mieszkańców Suraża. Zwyczaj uroczystego odsłaniania i zasłaniania jej, gdy wszyscy klęcząc śpiewają pieśń: "O Jezu Nazareński podnieś ręce swoje, pobłogosław te dzieci, co przed Tobą stoją", po dziś dzień figurę Jezusa też ubiera się w strój liturgiczny. Wiązane sznurem ręce wyjmowane są z fałd tuniki. Bardzo realistycznie uformowana jest głowa, z wyraziście podkreślonymi oczyma, brwiami i zarostem. Wrażenie potęguje peruka z prawdziwych włosów, przyciśnięta cierniową koroną. 

 

Miasto jest jednym z najmniejszych w Polsce – liczy 1012 mieszkańców (stan na 30 czerwca 2012).W większości ludność zajmuje się rolnictwem i hodowlą bydła mlecznego. Miasto w ostatnich latach nabiera charakteru turystycznego ze względu na sąsiedztwo parku narodowego.

 

Początkiem miasta było grodzisko usypane na prawym brzegu Narwi w XI w. Zostało ono ufortyfikowane fosą, wałami i palisadą. Było one później obiektem ataków Jaćwingów, Litwinów i Krzyżaków. W 1390 roku król Władysław Jagiełło przekazał księciu Januszowi I mazowieckiemu gród w Surażu, Bielsku, Drohiczynie, Mielniku.

 

Jednym z zabytków Suraża jest Wczesnośredniowieczna osada słowiańska Nawia.

 

wtorek, 25 luty 2014 21:05

Trzcinicki dzwon

Wiekowa Trzcinica może poszczycić się niesłychanie bogatą  historią. Dumna jest także z jednego z najstarszych kościołów drewnianych w Polsce. Obok niego znajduje się dzwonnica, a przy niej rosną trzy, liczące około sześciuwieków dęby. Przed laty przez wioskę wił się jak wąż niewielki strumyczek. Omijał wybielone chaty chłopskie, wiejską drogą i niedaleko starego kościółka przepływał przez niewielkie bagno. Porośnięte było ono pochylonymi wierzbami, leszczyną, wikliną, trzciną i wszelakim zielskiem oraz chaszczami. Wieczorami słychać było stąd rechot żab i muzykowanie świerszczy. Ot, takie sobie bagienko. Nikt wówczas nie zdawał sobie sprawy, że kiedyś może stać się miejscem związanym z legendą. Ale po kolei.Rzecz wydarzyła się w czasach rozbiorów. Austriacy, nie zawsze traktowali Polaków wiele lepiej niż pozostali zaborcy. Doświadczali tego także mieszkańcy naszego regionu, w tym i Trzcinicy. Liczne wojny, jakie toczyli wiedeńscy władcy uderzały w całą ludnośćmonarchii, jednakże ubogie wsie ponosiły ich największe koszty.

Tak też miało być i tym razem. Ludność naszego regionu po raz kolejny odczuła na sobie. Austriacy rozpoczęli kolejną wielką wojnę. Do wyznaczonego przez całą armię kontyngentu rekrutów poszło wielu młodych mężczyzn. Ich rodziny zadawały sobie pytanie: Czy powrócą? Wojna ta uderzyła też w biedotę wiejską w inny sposób, zwiększono im podatki i wprowadzono obowiązkowy kontyngent na płody rolne. Zmierzchało, gdy pod trzcinicki kościół podjechało konno trzech żołnierzy austriackich. Jeden z nich w mundurze oficera wskazał ręką na znajdującą się dzwonnicę. Wymienili między sobą kilka zdań i odjechali. Świadkiem tej sceny był syn jednego z miejscowych gospodarzy. Doszedł do wniosku, że o tym co widział powinien powiedzieć ojcu. Tak też uczynił. Ojciec bardzo się zafrasował. Wiedział, że w czasie wojen prowadzące je strony często zabierały rozmaite przedmioty z metalu w celu przetapiania ich na armaty i broń. Skoro widziani żołnierze tak bacznie przyglądali się ich dzwonnicy zachodziła obawa, że pewnie chcą zabrać na ten cel i ich zabytkowy, piękny dzwon. Cóż zrobić? Nie zwlekając narzucił na siebie kurtkę, wstąpił do kilku sąsiadów i wspólnie udali się do księdza proboszcza. Zbliżała się północ, księżyc schował się za chmurę, ale baczny obserwator mógł zauważyć przy świetle świec w trzcinickiej plebanii cienie kilkunastu mężczyzn. Nagle cicho skrzypnęły drzwi i jeden po drugim szybkim krokiem poszli pod dzwonnicę. Po jakimś czasie ściągnęli zawieszony tam dzwon i z wielkim trudem przetaszczyli go nad pobliskie bagno. W ruch poszły łopaty. Wykopano dół, w którego głębi ukryto zdjęty niedawno dzwon. Nad Trzcinica powoli wytoczyło się poranne słońce. Budził się kolejny dzień. Pod kościół zajechał wojskowy wóz i przybyło kilkunastu żołnierzy. Okazało się, że trudzili się nadaremnie. Oficer kazał sprowadzić proboszcza. Gdy się pojawił, Austriak zaczął na niego krzyczeć i mu grozić. Duchowny milczał. Po jakimś czasie oficer wydał komendę i żołnierze wsiedli na wóz i odjechali. Dziw, że zaborcy nie wyciągnęli później większych konsekwencji za to dziwne zniknięcie tak cennego dla nich „materiału wojennego”. Minęły lata. Kończyła się pierwsza wojna światowa. Budziła się niepodległa Polska. Monarchia austrowęgierska upadła. Mieszkańcy Trzcinicy przystąpili niezwłocznie do wydobycia swego dzwonu. Wielu mężczyzn trudziło się przekopując całe bagno. Jednak wnet się okazało, że ciężki dzwon został wchłonięty bardzo głęboko i nie ma szans na jego wyciągnięcie. Wszyscy zasmucili się, że już więcej nie usłyszą jego bicia. Ale jakiś czas później znaleźli się i tacy, którzy zaklinali się, że gdy nieraz nocą przechodzili obok przykościelnego bagienka, słyszeli głuchy, smutny dźwięk dzwonu. Jak to było naprawdę trudno powiedzieć, ale kto wie? 

 

Trzcinica znana jest z wykopalisk archeologicznych. Badacze odkryli najstarsze w Polsce, silnie ufortyfikowane osady z początków epoki brązu ludności grupy pleszewskiej.

 

Znajduje się tu monumentalne grodzisko wczesnośredniowieczne, najstarszy gród słowiański i najlepiej do dziś zachowany obiekt obronny z tego okresu na podkarpaciu. Znaleziono tu ok. 150 tysięcy różnego rodzaju zabytków, w większości dotąd nieznanych w Polsce, często unikatowych w skali europejskiej.

 

niedziela, 16 luty 2014 20:01

Legenda o herbie miasta Łowicz

Działo się to przed laty. Gdzie dziś leży wspaniałe miasto Łowiczem zwane, dawniej rozciągała się niezmierzona puszcza. Na jej skraju mieszkał bardzo ubogi drwal Łukasz. Miał on żonę Oleńkę i trzech synów: Wacława, Igora i Czarka. Drwal utrzymywał się z ciężkiej pracy – ścinania drzew, ale to ledwo starczało na jedzenie. Przestał więc płacić daninę. Nie spodobało się to Samborowi, do którego należał cały bór i pobliskie zagrody. Kazał zamknąć Łukasza w lochach własnego zamczyska. Rodzina drwala wielokrotnie błagała Sambora, aby go uwolnił, lecz on nie dał się uprosić..

Sprzedali chatę i wszystko, co mieli, ale i to niewiele im pomogło, bo wciąż było mało pieniędzy na wykupienie Łukasza. Pewnego dnia stała się rzecz straszna. Król zachorował. Zjeżdżali się lekarze z całego świata, by go uleczyć. Za dokonanie tego cudu władca obiecał nagrodę. Jednak nawet najlepsi medycy nie potrafili powiedzieć, co mu dolega.

Wieść ta dotarła również do biednego drwala. Znał on tajemne lekarstwo na każdą chorobę. Więzień postanowił poprosić swego ciemięzcę, aby mu pozwolił jechać do króla i uzdrowić go. Ten jednak tylko go wyśmiał. Sambor od dawna czekał na śmierć władcy, ponieważ chciał zostać jego następcą. Traf chciał, że Oleńka zobaczyła się z mężem przez okienko w lochu. Łukasz przekazał jej recepturę na niezwykły lek.

W sercu rozległej puszczy rosły kwiaty niebieskie jak lazur nieba, a miały one moc, która wracała energię życiową. Trudno było je odnaleźć, ale jeszcze trudniej zdobyć składnik główny. A były to 4 krople krwi pelikana- ptaka, który symbolizował miłość rodzicielską, a jego krew ożywiała serce i umysł człowieka. Zdeterminowana Oleńka zdobyła jednak wszystko, czego potrzebowała do przyrządzenia naparu.

Po jego wypiciu król od razu poczuł się lepiej. Chciał wynagrodzić Oleńkę bogactwem. Ona jednak pragnęła tylko, aby uwolniono jej męża. Opowiedziała królowi historię pojmania Łukasza i próby jego uwolnienia. Władca bardzo się rozgniewał, że Sambor czyhał na jego śmierć. Kazał wypuścić drwala, a złego wasala skazał na śmierć. Jego dobra przekazano Łukaszowi.

Po wielu latach drwal i jego rodzina wybudowali piękny zamek i założyli gród, którego nazwa zbudowana została z pierwszych liter imion członków całej rodziny.

Na cześć cudownego ocalenia króla, w herbie rodu dzielnego Łukasza widnieją dwa pelikany, między którymi rosną niebieskie kwiaty na zielonej łodydze.

 

Z badań archeologicznych wiadomo, że we wczesnym średniowieczu (XII-XIII w.) na miejscu dzisiejszych ruin zamku znajdował się drewniano-ziemny, przeprawowy gród obronny przez bagnistą dolinę Bzury, posiadający duże znaczenie strategiczne.

 

Herb miasta Łowicz przedstawia w polu błękitnym dwa pelikany srebrne o łapach i dziobach złotych, zwrócone do siebie grzbietami. Między nimi drzewo życia zielone.

 

Herb Łowicza został w latach 90. zdegradowany do tzw. herbu małego. Herb wielki miasta Łowicza umieszczony jest w kartuszu podtrzymywanym przez dwa anioły. Na dole łacińska dewiza Patriae Commodis Serviens (Być Ojczyźnie pożytecznym). Kartusz zwieńczony jest mitrą książęcą.

 

sobota, 15 luty 2014 18:59

Rumszys

    Stary Rumszys, drwal ubogi, rąbiąc drzewo złamał siekierę, z płaczem więc w nocy powraca do domu. Gdy już był blisko domu, usłyszał jęk zgłodniałych dzieci, co go taką rozpaczą przejęło, że postanowił się utopić. Idzie więc do Niemna, rzeka była zamarznięta, a przerębli nigdzie nie mógł znaleźć; próbował wykuć ją kamieniem, lecz gdy to było próżnym, siadł na lodzie i tak gorącymi łzami płakał, że aż lód od nich odtajał. Gdy się miał rzucić w wodę, nadbiega szatan i rzecze:
— Czego sobie masz życie odbierać, kiedy przeznaczeniem twoim jest być najbogatszym i najszczęśliwszym człowiekiem. — Rumszys rozśmiał się gorzko i wskakuje w przerębel, ale szatan go pochwycił i z wody wyciągnął.
— Słuchaj, Rumszysie, wyratowałem cię od śmierci — rzecze szatan — a teraz dowiedz się, że bylebyś zapragnął, będziesz bogatym, ale musisz dać mi wprzódy to, czegoś w domu nie zostawił.
    Rumszys się namyślił, cały jego dom tak był nędzny, znikąd zresztą niczego się nie spodziewał, że wnet zezwolił na warunek szatana. W drodze już skutek obietnicy się okazał — piękny rumak z złotym rzędem stanął przed Rumszysem, miał na sobie wór, a w nim futro, szabla i dzwonek. Ubrał się tedy, siadł na konia — lecz go nikt w domu nie poznał; dzieci zaczęły się chować za piec, a żona rzekła:
— Mój mężu! Pókiś był biedny, to cię kochałam, ale teraz widzę cię w zlocie, nie mogłeś tego zapracować, musiałeś złupić kogo, to brzydzę się tobą. Rumszys opowiedział jej swoją przygodę, ale to żony nie uspokoiło, owszem bardziej jeszcze płakać poczęła. — Przeklęty! — zawołała — a toćeś własne dziecko zaprzedał, dzisiaj porodziłam syna. Tu się zasmucił Rumszys, siedział długo przy ogniu, i postanowił zaraz nazajutrz zawieść syna do Krywe-krywejty, aby się w świątyni wychował, żeby niewieściego pokarmu nie zasmakował, a przez to, żeby nabrał mocy i szatana zwojował, gdy przyjdzie czas umowy, w którym szatan ma zabrać młodego Rumszysa; miało to być w dziewiętnastym roku życia. Gdy to Rumszys uskutecznił, zajął się budową wsi; łatwo mu poszło, bo na co tylko zadzwonił, wszystko szło, gdzie kazał, sosny same z boru przychodziły i kładły się w porządne zręby. Kogo uderzył szablą, zmieniał się w co chciał, a gdy przywdział futro, mógł wróżyć i widział, co się na drugim końcu świata działo. Wieś zbudowana nad Niemnem od Rumszysa Rumszyszkami się nazywa. Gdy młody Rumszys dorósł, był nadzwyczajnie silny i tak świątobliwych obyczajów, że szatan nie miał do duszy jego żadnego przystępu. Jął więc kusić powtórnie ojca obiecując mu nieśmiertelność, byle zezwolił na jedną próbę. Zgodził się Rumszys i kazał szatanowi na godzinę przed kurami wylecieć z domu swojego i nim kury zapieją, przynieść olbrzymi kamień spod Kłajpedy. Diabeł leci, lecz pomimo wszystkich wysileń nie mógł z kamieniem zdążyć na czas; kur zapiał, kiedy od Rumszysa mieszkania tysiąc kroków był zaledwie. Szatan zawył z rozpaczy, rzucił kamień w Niemen. Długo jeszcze potem nocami przeszkadzał podróżnym, aż na koniec zniknął zupełnie, a ów kamień sterczy do dziś w poprzecz Niemna i tworzy próg, z którego woda z szumem się wali.

    W kościele katedralnym w Poznaniu znajduje się grobowiec Wawrzyńca Powodowskiego. Piastował on urząd komandora maltańskiego aż do roku 1543, w którym przeniósł się do wieczności. Napis na nagrobku tym mówi: iż po śmierci przez rok cały (dziwny pobożnymi i tajemniczymi zjawieniami) z grobu wychodził i podczas mszy uroczystych 20 śpiewanych u wielkiego ołtarza z dobytym mieczem podczas ewangelii świętej między stallami prałatów i kanoników, a stallami niższego duchowieństwa widocznie stawał. Po ukończonej zaś mszy niknął. Naradziwszy się przeto prałaci i kanonicy odprawili za niego rozmaite nabożeństwa, przybrawszy postać pokorną, lichtarze wielkie z woskowymi świecami, które według ceremoniału akolici nosić powinni, trzymali w ręku sami prałaci, a w ich nieobecności kanonicy, a tak ustało na koniec owo okropne zjawisko roku 1544 dnia 26 kwietnia. Podanie dodaje jeszcze, iż takowe okazywanie się w kościele zmarłego Powodowskiego karą było za jego naśmiewanie się za życia z płonnego, jak mniemał, zwyczaju, aby kawaler maltański w czasie nabożeństwa pałasz dobywał i nim w powietrzu przed ołtarzem machał.

 

Zjawa miała ukazywać się na przestrzeni jednego roku, pomiędzy 1543, a 1544 rokiem. Duchem owym był Wawrzyniec Powodowski, zmarły w 1543 roku i pochowany w obecnej kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Stanisława Kostki. Ów Powodowski był joannitą, czyli kawalerem maltańskim.

 

Jak głosi tablica znajdująca się na jedynym z filarów, w dniu 26 kwietnia 1544 roku po odprawianiu specjalnego nabożeństwa, duch Wawrzyńca zniknął i już się więcej nie pojawił.

 

Strona 1 z 40
2014  Legendy Polskie   globbersthemes joomla templates